Dieta

Witajcie!!!

Dziś krótki post dla tych, którzy chcieliby pozbyć się kilku kilogramów, ale nie wiedzą jak to zrobić, są tak samo leniwi i niekonsekwentni jak ja :D, brak im motywacji itd., itd. …

Po dwóch ciążach zostało mi co nieco tu i tam. Dodatkowo stres związany ze zdrowiem mojego syna, sprawił, że zaczęłam pocieszać się jedzeniem, głównie słodyczami i innymi niezdrowymi przekąskami. Zaczęłam rosnąć wszerz  :-| Przez pierwsze pół roku po cesarce też nie powinno się ćwiczyć. Poza tym kiedyś biegałam (może nie regularnie) i nie przynosiło to jakiś specjalnych efektów. Nigdy nie brałam się też za dietę bo to nie dla mnie. Lubię jeść, a jak kiedyś postanowiłam przejść na dietę, to trwała ona 5 minut :lol:

3 miesiące po porodzie waga znowu wzrosła. Źle się czułam we własnym ciele. Nie miałam motywacji do ćwiczeń. I pewnego dnia, zupełnie przypadkiem koleżanka wspomniała o diecie. Ten dzień był początkiem zmiany – dobrej zmiany.

Jeżeli to czytasz to może właśnie dziś jest dzień, który zmieni Twoje życie.

Od razu zaznaczam, ze nikt mi nie płaci za ten post. Piszę o tym, ponieważ mi się udało. Dzięki tej diecie schudłam 7kg!!!!  w 9 tygodni!! A to wszystko za sprawą bebio.pl . Jest to spersonalizowana dieta, która polega na zdrowym odżywianiu i konkretnym wyliczeniu dziennej porcji kalorii. Dieta jest opracowywana indywidualnie, w której bierze się pod uwagę wiele parametrów min. jaki prowadzimy tryb życia, z ilu posiłków chcemy aby nasza dieta się składała, jakie to mają być posiłki, możemy wykluczyć produkty których nie lubimy lub na które mamy alergię i inne. Potrawy są proste i bardzo smaczne.

Jadłospis układany jest na tydzień przez dietetyka, z którym mamy cały czas kontakt w razie pytań, wątpliwości, czy nawet gdy nasza motywacja podupadnie. Bardzo fajną sprawą jest to, ze jeżeli jakieś danie nam nie przypasuje, mamy możliwość je wymienić. Przepisy są bardzo łatwe, wszystkie proporcje są rozpisane, możemy wygenerować sobie listę zakupów na cały tydzień. Jeżeli jakiegoś składnika nam zabraknie , to jest rozpisane, czego możemy użyć w zamian. Fajna sprawą jest to, że użytkownicy mogą komentować i oceniać każdą potrawę a nawet dodać własne zdjęcie potrawy lub zobaczyć jak wykonali ją inni użytkownicy.

Niektórzy powiedzą, że co to za problem poszukać w internecie przepisów. Dla mnie to problem. Nie jestem wystarczająco zmotywowana na tyle by siedzieć przed komputerem i szukać przepisów, poza tym przy dwójce dzieci nie bardzo mam na to czas. Bardzo motywujące jest to, że co tydzień wpisujemy swoją wagę. Mnie również zmotywował sam fakt, że zapłaciłam za tą dietę :lol: bo gdybym dostała dietę od koleżanki, pewnie nie potraktowałabym jej poważnie.

No właśnie – cena!! Koszt dwumiesięcznej diety to 99zł. Wydaje mi się że to przystępna cena, gdyż z tego co się orientowałam, to u konkurencji są krótsze okresy i wyższe ceny.

Czy jest jakiś minus tej diety?? Ja nie widzę. Na pewno skorzystam z przepisów których się nauczyłam podczas tego doświadczenia.

a to kilka potraw właśnie z tej diety

IMG_1943 IMG_1944 IMG_1945 IMG_1946Prawda że wygląda smacznie??

Jeżeli macie jakieś pytania, zachęcam gorąco zadawania ich w komentarzach lub wiadomościach prywatnych na moim facebooku a więcej zdjęć potraw znajdziecie na moim instagramie :)

Pozdrawiam K. :)

pycha zapiekanka z kurczakiem

Witajcie!!

Mam coś dla Was pysznego. Po przeczytaniu listy składników mozecie być trochę zmieszani (ja też byłam), ale uwierzcie mi, że jak zrobicie raz, to potem bedziecie chcieli robić ją cały czas ;)

Nie przedłuzam!!

Będziemy potrzebować:

  • 2 torebki ryżu po 125g
  • ze 4 piersi z kurczaka
  • pieczarki
  • ser zółty
  • ogórki konserwowe
  • cebula
  • świeża papryka (niestety nie ma jej na zdjęciu bo mąż dowiózł za późno)
  • keczup (ja użyłam Kotlina)
  • majonez  (tu polecam Winiary)
  • przyprawy (pieprz, sól, ew vegeta, papryka słodka, papryka ostra, przyprawa do gyrosa PRYMAT)

IMG_1933

ZACZYNAMY!!!

1. piersi kroimy w kostkę/paseczki (jak kto woli) i przyprawiamy je solą, pieprzem, dwoma paprykami i przyprawą do gyrosa. cebule i pieczarki kroimy w kostkę. Wszystko wrzucamy na patelnie i smażymy, dodajemy cebulę i pokrojone pieczarki. Całość jeszcze smażymy, do póki pieczarki nie będą w pełni gotowe.

2. Ryż gotujemy według czasu na opakowaniu, byle go nie rozgotować

3. Przygotowujemy resztę składników – paprykę i ogórki kroimy w kostkę, ser ścieramy na tarce.

IMG_1934

IMG_1935

Teraz jak mamy wszystkie składniki gotowe to szykujemy naczynie żaroodporne i smarujemy masłem i wykładamy po kolei :

1. Jedną całą torebkę ryżu i rozsypujemy w miarę równo na dnie naczynia żaroodpornego IMG_1936
2. ryż polewamy keczupem i majonezem które pod wpływem ciepła zamienią się w sos, dlatego nie należy oszczędzać  aby ryż nie był za suchy

IMG_19373. następnie wykładamy połowę kurczaka IMG_19384. na kurczaka rozsypujemy połowę naszykowanej papryki i ogórka konserwowego

IMG_19395. i to wszystko posypujemy połową sera żółtego

IMG_19406. z pozostałych produktów tworzymy kolejną warstwę: ryż, keczup, majonez, kurczak, papryka, ogórek konserwowy i ser.

Wstawiamy do piekarnika nagrzanego na 180 stopni na jakieś 20-30 minut.

zapiekana

SMACZENEGO!!!!

ps. koniecznie dajcie znać czy Wasm smakowało!!

Pozdrawiam K.

Nasz Instagram – klik

Jak naprawić uszkodzony cień/róż/bronzer???

Witajcie!!

Dziś wpis szybki ale jakże niezbędny dla wszystkich makijażoholiczek.

Ostatnio sama byłam w potrzebie, ponieważ rozkruszył mi się ulubiony róż do policzków, ze względu że było go już niewiele i prawdopodobnie dlatego zaczął się kruszyć. Postanowiłam go uratować :)

 

FullSizeRender(13)

Co potrzebujemy??

Spirytus, coś do mieszania i uklepania – ja użyłam wykałaczki do mieszania i małej łyżeczki do uklepania, folia spożywcza i strzykawka.

FullSizeRender(14)

1. Przykrywamy kosmetyk małym kawałkiem folii spożywczej i rozdrabniamy produkt by był całkowicie sproszkowany.FullSizeRender(15)

2. Za pomocą strzykawki nabieramy spirytus i dosłownie kilka kropel dodajemy do naszego rozdrobnionego kosmetyku, tak żeby zrobił się wilgotny , a nie płynny, żeby można było go wymieszać.

FullSizeRender(16)

 

3. Za pomocą wykałaczki lub innego narzędzia porządnie mieszamy cały produkt

FullSizeRender(17)

 

4. Gdy już kosmetyk bedzię wymieszany, przykrywamy ponownie folią spożywczą i wygładzamy powierzchnię. Ja użyłam do tego łyżeczki do herbaty.

FullSizeRender(19) FullSizeRender(18)

 

 

 

 

 

 

 

5. Po całym zabiegu odstawiamy kosmetyk na 24h do wyschnięcia

FullSizeRender(20)

I GOTOWE!!!

Mam nadzieję że post Wam się przyda :)

Pozdrawiam i zapraszam na mój Instagram i Facebook

CAŁUSY!!! K.

Pudło Malucha

Witajcie!!

Dziś mam dla Was świetną propozycję na prezent od wielkanocnego Zajączka

- Pudło Malucha!!!
Jest to nie tylko świetny pomysł na prezent wielkanocny, ale także na każdą inną okazję  np chrzest święty, urodziny dla maluszków od urodzenia do 3 roku życia, na dzień dziecka, Gwiazdkę i inne fajne okazje a także dla kobiet w ciąży. Do wyboru mamy także rozmiar pudła – mini, standard i maxi.

Jak tylko dowiedziałam się o takiej fajnej sprawie postanowiłam zamówić mojemu Juniorowi . Możemy sobie wybrać na jaki wiek chcemy produkty i czy to ma być dla chłopca, czy dla dziewczynki. My wybraliśmy 3-6 :) Bo tak!! Junior za dwa dni kończy 4 miesiące :) Ale ten czas leci :) Ale wracając do „pudła”… możemy sobie również wybrać co chcielibyśmy znaleźć w środku. Ja wybrałam sobie grzechotkę Baby Mr B i gryzaczek z Lullalove, a reszta produktów została wybrana dla nas jako niespodzianka.  No i  jeszcze to pakowanie :) Uwielbiam :)

FullSizeRender(3) FullSizeRender(1)

Zobaczcie co do nas trafiło :)

FullSizeRender(2)

 

1. supeRRO baby eco – ekologiczny gryzak z drewna klonowego z bambusowym śliniaczkiem Lullalove – jeszcze nie testowaliśmy, ale patrząc na Juniora myślę, ze niedługo trafi w Jego rączki :) kupicie go tu klik

FullSizeRender(4) FullSizeRender(5)

 

 

 

 

 

 

 

2. Baby Mr B sensoryczna grzechotka – jest świetny dla małych rączek, kontrastowe kolory stymulują wzrok niemowlęcia i dzięki temu, że ma dwa troczki można go wszędzie przywiązać – do wózka, fotelika, w aucie.  klik

FullSizeRender(12)

 

3. pinGo – termoforek – przytulanka z dwoma kompresami na ciepło i zimno. Aby działał jako na ciepło wystarczy go włożyć do gorącej wody lub na 10 s do mikrofali a potem do etui pinGo, lub na zimno – wsadzamy na 2 godz do zamrażalnika. Super sprawa. Strasznie fajne te produkty od Lullalove, już mam ochotę na więcej :D klik

FullSizeRender(7)

 

4. Oczami Maluszka – świetna książka do dzieciaczków od pierwszych dni życia, wiadomo, że w pierwszych tygodniach życia nasze dzieci widzą tylko w biało – czarnych kolorowach, tak więc tak książeczka jest idealna. Mój Junior od razu zwrócił uwagę na samolot :) to chyba po tacie zamiłowanie :) klik

FullSizeRender(6)

 

5. Gonzo – Pan Gonzo jest super milutkim mini kocykiem z grzechotką, może być przytulanką, jest poręczny, przyjemny w dotyku i bardzo przyjazny :) i pochodzi z moich okolic  :) klik

FullSizeRender(8) FullSizeRender(9)

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

6. przedłużacz do body – biały – świetna sprawa gdy nasz maluszek wyrasta z ulubionych bodziaków, w 100 % bawełniany a zatrzaski antyalergiczne (nie zawierają niklu). Polecam zerknąć na stronie producenta bo mają wiele fajnych rzeczy. klik

FullSizeRender(10)

 

7.  Sowa – piękna sówka od „Było sobie szycie” , ręcznie wykonana, świetna jakość, cudne kolory… ahhh :)  Zajrzyjcie na stronkę ile tam cudowności :) klik

FullSizeRender(11)

 

Tak więc sami widzicie, że warto :)Szczerze polecam Pudło Malucha, jak i wszystkie produkty . Chyba zafundujemy sobie na kolejny etap 6-9 miesięcy, bo uwielbiamy niespodzianki :)

Możecie spodziewać się niedługo kolejnych postów :) A ja planuje urodziny Córy – już nie „trzylatka” a „CZTEROLATKA” :)

Zaglądajcie na nasz Instagram i Facebook

Pozdrawiam :) K.

 

cesarka a poród drogami natury

Witajcie!!!

Moim postanowieniem noworocznym było częstrze udzielanie się na blogu. Niestety przy niemowlaku i czterolatce jest  to nie lada wyczyn. Ale dziś wracam do Was z tematem, który może budzić kontrowersje a mianowicie porodu naturalnego i cesarskiego cięcia. Miała okazję rodzić na oby dwa sposoby ;) i mogę coś na ten temat powiedzieć, tym bardziej że ostatnimi  czasy panuje jakaś dziwna moda na cesarkę na życzenie.

Moja pierwsza ciąża z córcią przebiegała bez problemów, córa jednak nie śpieszyła się na świat, więc trzeba było ją do tego „zmusić”. Miałam dwa razy robiony masaż szyjki macicy, który miał niby wywołać poród, chodziłam z 2 centymetrowym rozwarciem ok 2 tyg i nic. Gdy zgłosiłam się na wywołanie porodu, o 22ej dostałam żel dopochwowo i i dopiero o godz 8:45 rano poczułam pierwszy lekki ból w podbrzuszu, a w ciągu 15 minut ból przerodził się w silne skurcze. Chwilę po 9 miałam już pełne rozwarcie, mega silne skurcze, i zabrano mnie na porodówkę, na znieczulenie było za późno, więc korzystałam tylko z gazu. O 11:35 na świecie pojawiła się moja Córa. Czułam się w pełni sił mimo wysiłku. Pielęgniarka zapytała mnie czy chce wracać na nogach czy mają mnie zawieźć na wózku inwalidzkim. Oczywiście, że chciałam wracać na nogach bo nie chciałam „wygladać” jak inwalidka, ale niestety jak mnie zabierali na porodówkę wózkiem inwalidzkim to nie wzięłam łapci. Więc w efekcie na sale mnie przywieźli na wózku.  Przy porodzie był ze mną jeszcze wtedy Narzeczony (obecnie Mąż). Mąż kazał mi się kłaść na łóżku szpitalnym i odpoczywać, ale ja miałam tyle siły, że mogłabym góry przenosić :)

W drugiej ciąży było inaczej. W 20 tyg poszliśmy na usg i okazało się, że będzie Synuś i że ma troszkę powiększone nerki. Z każdym tygodniem ciąży nerki Juniora rosły (o czym możecie poczytać w poprzednich wpisać),w 38 tyg ciąży nerki i pęcherz dziecka już były na tyle duże, że postanowiono rozwiązać ciąże cesarką. Cesarkę wykonano gdy skończyłam 39 tydzień.

Nigdy nie lubiłam lekarzy a jak kiedyś u alergologa Pani doktor powiedziała o wycięciu migdałków, to dostałam takiej histerii, że mój Tato czekający w poczekalni zapytał mnie co się stało, to nie mogłam wydusić z siebie słowa. Do Dentysty jakbym mogła to też bym nie chodziła. Jak musiałam usunąć chirurgicznie ósemkę mając jakieś 27 lat to poszła ze mną obstawa (mój Tata, mój Mąż i mój brat) bo chyba bali się, że ucieknę :D Przerażają mnie igły a o jakiś zabiegach nawet nie myślę.  Więc jak się dowiedziałam, że będę mieć cesarkę, że mnie potną, że będą dawać mi znieczulenie z kręgosłup to jakbym dostała po gębie, ale wiadomo, że zdrowie dziecka najważniejsze. Przerażał mnie cały ten proces, że znieczulenie będzie bolało, że nie będę czuła nóg, że mnie potną…. Przed samym zabiegiem, siedziałam przed salą i pani anestezjolog mówiła mi o procedurach podczas operacji, ale ja jej nawet nie słuchałam, patrzyłam na nią, ale katem oka widziałam za jej plecami „plan ewakuacji budynku” w razie pożaru i jedyne o czym myślałam to o ucieczce.  Dokładnie nie jestem w stanie powiedzieć co mi robiono, jakie leki podawali, pamiętam, że założyli mi wenflon, potem w miarę szybko dostałam znieczulenie, które nie było takie straszne, było czuć tylko lekkie ukłucie jak przy pobieraniu krwi i kazano mi się położyć. Potem spadło mi ciśnienie i dostałam ataku paniki bo zrobiło mi się słabo i spadło mi ciśnienie, chciałam się nawet położyć na lewym boku (jak to każą robić w ciąży) ale lekarz od razu podał mi coś dożylnie i wszystko wróciło do normy, Potem lekarz mnie psikał czymś zimnym żeby sprawdzić czy znieczulenie działa i przystąpiono do operacji. O 11:29 usłyszałam pierwszy wrzask mojego Synusia :) Pozszywano mnie, dziecko zbadano i przewieziono nas na sale pooperacyjną. Tam przystawiono mi Synka do piersi a potem musieli Go zabrać na neonatologię na obserwację, ze względu na te nerki. I wtedy zaczęło się „piekiełko”…

Gdy znieczulenie zaczęło puszczać, dostałam jakiejś delirki, nie czułam zimna, ale trzęsłam się jak osika. Dziecko dopiero zobaczyłam na drugi dzień koło godz 15. Do tego czasu leżałam na łóżku, patrzyłam w sufit i nawet nie miałam siły rozmawiać z Mężem. Rodzina i znajomi dzwonili i pisali, ale ja nie nawet nie miałam siły trzymać telefonu. Czułam się jakby to była moja „ostatnia droga’. W Irlandii każą wstać po 6 godz z łóżka. Ja podniosłam głowę dopiero na drugi dzień po operacji o 6 rano, więcej nie byłam w stanie nic zrobić. Pielęgniarka siłą mnie posadziła, a ja zaczęłam wymiotować. Nie miałam czym, ale wymiotowałam. Dopadły mnie dreszcze, zalewał mnie zimny pot. Jak już usiadłam, to bałam się znowu położyć, bo wiedziałam że znowu będzie się ciężko podnieść. Rana mnie nie bolała bo byłam na silnych przeciwbólowych. Jakimś cudem wróciłam do żywych koło godz 13-14. Ogarnęłam się i zawieziono mnie na wózku inwalidzki na neonatologię. Szczęście w nieszczęściu, że mój Syn był na neonatologii, bo ja bym nie mogła się nim zająć. I po tym jak się czułam zastanawiam się, jak funkcjonuje kobieta, która od razu po porodzie ma dziecko przy sobie i musi się nim zająć.

Minęły 3 miesiące po porodzie i mam się dobrze. Ale niestety nie można dźwigać, mam ambitny plan aby zredukować kg, ale niestety nie można wykonywać żadnych ćwiczeń siłowych przez co najmniej pól roku. Rana z wierzchu się zagoiła, ale trzeba na siebie uważać, bo w środku wszystko się jeszcze goi.

Podsumowując gdybym zdecydowała się na trzecie dziecko, to tylko i wyłącznie gdyby ktoś mi zagwarantował, że będę rodzić naturalnie. Mimo że cesarka nie jest jakaś straszna, to świadomie bym się na nią nie zdecydowała, za to wybrałabym poród siłami natury i to bez znieczulenia :)

12748350_883837315071184_1297073677_nMoje Radości Jula i Filip

 

Jak wyglądały Wasze porody?? Może macie inne doświadczenia?? Jeżeli macie pytania to śmiało piszcie, zapraszam do dyskusji :)

Znajdziecie nas na Facebooku i Instagramie

Pozdrawiam K. :)

butelki Twistshake

Witajcie!!

Okryłam ostatnio fajowe butle dla mojego Juniora i z chęcią Wam powiem o co nich myślę :) Moim nowym odkryciem są butle szwedzkiej firmy Twistshake. Pierwsze co się rzuca w oczy to kolory. Ode mnie wielki plus za te barwy, bo bardzo lubię takie kolory dla dzieci. Jest 8 kolorów - różowy, niebieski, pomarańczowy, zielony, fioletowy, biały, brzoskwiniowy i turkusowy. Są 3 pojemności – 180ml, 260ml, 330ml. Kupując butelkę w zestawie mamy również pojemnik 100ml który może służyć na porcję mleka w proszku albo na małe przekąski, a także wybieramy rozmiar smoczka Small (0+), Medium (2+ miesiące), Large (4+ miesiące) i + (6+miesięcy).

Butelki Twistshake różnią się od innych butelek tym, że posiadają sitko, które ma za zadanie dokładne wymieszanie mleka modyfikowane, dzięki temu mamy pewność, że nie pozostaną żadne grudki, co zdarzało mi się nie raz w butelkach innych znanych firm, przez co smoczek się zatykał i dziecko się denerwowało, że nie leci. W tych butelka nie ma tego problemu. Poza tym butelki są anty-kolkowe dzięki małemu otworkowi w smoczku Twistflow. Zauważyłam, że Junior nie pije mleka tak łapczywie, jak w przypadku innych butelek (nadal używam butelek Tommee Tippee stąd widzę różnice). Poza tym butelki są troszkę węższe niż innych firm dzięki czemu łatwiej jest utrzymać maluszkom w ich małych rączkach i a także są proste w swojej budowie, bez żadnych zakrzywionych krawędzi, dzięki czemu bardzo łatwo się je myje. Generalnie nie można im nic zarzucić :)

Z butelkami Twistshake jest fajna zabawa, ponieważ można dowolnie łączyć kolory butelek i pojemniczków. Pojemniczki do przechowywania mleka modyfikowanego można łączyć ze sobą. Na stronie producenta można kupować pojedyncze butelki, różne gotowe zestawy, oddzielnie smoczki, pojemniczki.  Ja wybrałam dla Juniora kolor zielony, niebieski i biały, ale już szykuje się na kolejne kolory :)

IMG_1838

 

 

 

 

 

IMG_1839

 

 

 

 

 

IMG_1840

 

 

 

 

IMG_1841

 

 

 

 

 

 

 

IMG_1843IMG_1847

 

 

 

 

 

 

 

IMG_1845Mam nadzieję, że wpis Wam się podoba :) Jeżeli chcecie żebym coś dla Was przetestowała, to piszcie w komentarzach. Zapraszam również na mojego FacebookaInstagram.
Jeżeli podoba się Wam mój blog to będę wdzięczna za udostępnianie, Wasza aktywność jest dla mnie motywacją do pisania :)

Pozdrawiam Wa bardzo gorąco K. :)

Ciasto marchewkowe

Witajcie!!

Dopadło nas przeziębienie i siedzimy w domu. Dla zabicia nudy razem z moją prawie Czterolatką wpadłyśmy na pomysł, że zrobimy pyszne ciasto marchewkowe. Dzieciaki uwielbiają  pomagać rodzicom w ich dorosłych sprawach, a więc i urzędowanie w kuchni to nie lada frajda :) A jeszcze jak robimy coś pysznego, to mamy dwie pieczenie na jednym ogniu :) Ciasto jest szybkie i bardzo proste.

Co będziemy potrzebować??

  • 2 szklanki mąki przennej
  • 1 szklanka cukru
  • 2 łyżeczki proszku do pieczenia
  • 1 łyżeczka sody oczyszczonej
  • 2 łyżeczki cynamonu
  • 4-5 dużych marchewek
  • 4 jajka
  • 1 szklanka oleju (ja daje niepełną)
  • cukier puder do dekoracji

 IMG_1835

Mąkę, proszek do pieczenia, sodę i cynamon przesiewamy przez sitko i mieszamy. Z jajek i cukru ubijamy mikserem masę. Do masy dodajemy wszystkie składniki sypkie wcześniej wymieszane. Wszystko miksujemy aż do uzyskania jednolitej masy, następnie dodajemy olej i znowu miksujemy. Marchewki ścieramy na tarce o drobnych oczkach i dodajemy do masy i mieszamy łyżką.  Smarujemy brytfankę masłem i i posypujemy bułką tartą. Proponuję większą brytfankę niż regularna tortownica.  Pieczemy 40-45 minut w 190 stopniach.

IMG_1836IMG_1834

 

 

 

 

 

 

 

 

SMACZNEGO!!!

Damy radę!!

7.12.2015 poniedziałek

Noc tradycyjnie zarwana. Za każdym razem jak nakarmiłam Juniora i się położyliśmy, ktoś przychodził i mierzył Mu ciśnienie, tmp…. i Młody się budził. Za wszelką cenę próbowałam karmić Go piersią. Ale z tych nerwów, zmęczenia, głodu mleka nie wystarczało. Doszło dokarmianie butelką, co automatycznie spowalniało laktację. Ostatnie karmienie było o 7:45. Koło 9 Junior zaczynał być głodny, płakał. Nie mógł przez to spać. Nosiłam Go, bujałam a On płakał. Nie mogłam Go odłożyć nawet na chwilkę, nie mówiąc nic o zmianie pampersa. Sama nie włożyłam nic do ust. Po pierwsze w szpitalu nie zapewniano rodzicom wyżywienia, trzeba było mieć własny prowiant, którego ja nie miałam, bo w Limericku nie musiałam mieć, poza tym nie miał mi nawet kto mi zrobić jakiś zakupów. Miałam tylko herbatniki i krakersy, ale też nie miałam możliwości ich zjeść bo Junior tak bardzo płakał z głodu, że mi też się odechciało jedzenia. Podłączono mu kroplówkę z glukozą ale nic to nie dało. W miedzy czasie przyszli nefrolodzy, ze podjęli decyzję. Zrobią mu przetokę moczowo – skórną. Na początku nie docierało do mnie o co im chodzi, ale zaraz do mnie dotarło. Junior będzie miał zrobiona dziurkę w pęcherzu i mocz będzie odprowadzany bezpośrednio na zewnątrz brzuszka…. O takich przypadkach czytaliśmy w internecie. Jest to rozwiązanie tymczasowe, ponieważ układ moczowy u takich maluszków jest jeszcze niedojrzały i póki dziecko nie ukończy około 3 roku życia, nie stosuje się innych rozwiązań w takim przypadku. Mąż był w drodze, musiał pokonać 250 km. Zadzwoniłam do Niego, żeby przedstawić mu plan działania i podjąć wspólnie decyzję, ponieważ była taka możliwość, że Mąż nie zdąży dojechać przed operacją.  Właściwie nie było się nad czym zastanawiać, trzeba było ratować nerki Juniora. Zabieg ten ma na celu swobodny odpływ moczu, dzięki czemu mocz nie będzie wracał do nerek i nie będzie ich uszkadzał.  Niestety nerki już są w jakimś stopniu uszkodzone, ale nie możemy dopuścić do jeszcze większych zniszczeń. U Juniora stwierdzono refluks przewodów moczowych V stopnia, czyli najbardziej zaawansowany, a ten zabieg daje szanse na zmniejszenie refluksu. Przyjechał Mąż. Koło 15stej poinformowano nas, że sala operacyjna jest gotowa. Trzymałam Juniora na rękach, zawiniętego w kocyk. Zjechaliśmy windą na pierwsze piętro i razem z pielęgniarką przeszliśmy przez kodowane drzwi, za które normalnie nie ma wejścia. Ostatnie formalności i pytanie pielęgniarki, kto zaniesie dziecko na salę operacyjną. Byłam przygotowana na to, że Mąż nie zdąży dojechać i będę musiała Go zanieść na operację. Ale gdy pielęgniarka zapytała, kto pójdzie, po prostu zrezygnowałam. Mąż poszedł z Juniorem a mnie poproszone o wyjście na główny hall, gdzie mam czekać na Męża, który zaraz do mnie dołączy. Odwróciłam się na pięcie i wychodząc zaczęłam płakać. Wtedy nie obchodzili mnie ludzie którzy kręcili się po hallu. Usiadłam na krzesełkach i płakałam. Za chwilę w drzwiach wyjściowych pojawił się Mąż, który nie wytrzymał i wybuchnął płaczem. Siedzieliśmy i płakaliśmy. W tym momencie nie umieliśmy wydusić z siebie słowa.  Nie wiem ile trwał zabieg. Po operacji, gdy saturacja się unormowała przywieźli nam Juniora z powrotem. Spał. Wyglądał tak niewinnie.

Do przetoki miał założony cewnik na 48h po to by „dziurka” się uformowała i nie zarosła. Niestety cewnik nie przetrwał 48 h, bo mój Synuś go sobie wyciągnął. Potem założono mu jeszcze dwa kolejne cewniki, które również długo nie pozostały na miejscu. Przez ten czas kiedy miał te cewniki, nie miałam odwagi zmienić mu pampersa. Po prostu się bałam, że sama niechcący mu go wyrwę. Na całe szczęście pielęgniarki były bardzo uczynne, rozumiały mój strach i przebierały Go. Z każdym dniem mój dzielny chłopczyk zbierał siły i dochodził do siebie po operacji.

IMG_1618

Miła niespodzianka – wszystkie dzieciaki na nefrologii otrzymały drobne upominki od Disney shop’u

 

 

 

 

 

 

Każdego dnia, po kilka razy dziennie przychodzili lekarze i patrzyli jak się wszystko goi. Junior był cały czas na antybiotyku dożylnym ze względu na infekcję. Codziennie pobierano Mu krew aby zmierzyć poziom antybiotyku we krwi, kontrolowano Jego wagę, ciśnienie, tmp. Aż w końcu, w czwartek, przyszła Pani Doktor i powiedziała, że Junior ma się coraz lepiej, ze są zadowoleni z Jego postępów i ze jutro wypuszczą nas do domu!! Na początku miałam wątpliwości, czy dobrze rozumiem, poprosiłam o powtórzenie. Dobrze rozumiałam, możemy wracać do domu. Łzy radości popłynęły po policzkach.  Bałam się, że pierwsze święta Bożego Narodzenia Junior będzie musiał spędzić w szpitalu. Zadzwoniłam do Męża, płakałam do słuchawki – z radości :) Mąż też się wzruszył :) To był dobry dzień :)  Zmęczenie odeszło i nabrałam nowych sił!!

Ze szpitala Junior wychodzi na antybiotyku, będzie brał go bezterminowo, po to, żeby nie doszło do kolejnej infekcji, która mogłaby wyniszczać jego nerki.

W piątek, 11.12.2015 roku, po 18 dniach, po zaliczeniu trzech szpitali wracamy do domu. Mam nadzieję, że wykorzystaliśmy limit „nieszczęścia” i że teraz już będzie tylko lepiej.

Dlatego  w Nowym Roku życzę sobie, swojej rodzinie i wszystkim Wam zdrowia. Bo choć to banalne, to jednak najważniejsze.

Dziękujemy za trzymane kciuki, za każde dobre słowo.

Jeżeli chcecie wiedzieć ja sobie radzimy zapraszamy na naszego Facebooka oraz na nasz Instagram: herimperfections66

Pozdrawiamy Mama i Junior!!

szpitalny trip cz.2

Dotarliśmy do szpitala regionalnego w Limerick. Szpital obskurny, izba przyjęć wygląda gorzej niż dworzec. Najpierw rejestracja. Widząc ilość osób w poczekalni ręce mi opadły. O dziwo szybko nas zawołali. Musiałam opowiedzieć, co sprawiło, że się tu znaleźliśmy. Po wstępnym wywiadzie pani na izbie przyjęć zaprowadziła nas na kolejną poczekalnię na dziale dla dzieci. Tam przyszedł do nas lekarz, który znowu zadał ten sam zestaw pytań, pobrał krew i mocz do laboratorium. Chciał założyć Juniorowi wenflon, bo stwierdził, że jeżeli będziemy musieli zostać w szpitalu, to już później nie będą musieli go ponownie kłuć. Ale ja nie chciałam, bo przecież przyjechaliśmy tu tylko na potwierdzenie, że się myliłam i wrócimy do domu. Poza tym dopiero co wyszłam z jednego szpitala. W międzyczasie przyszła jeszcze  jedna kobieta, która znowu zadawała te same pytania. Wyniki miały być w przeciągu godziny. Nie były. Gdy już wróciły okazało się, że i mocz jest zainfekowany i krew też. Decyzja. Zostajemy w szpitalu. Po jakiś 5 godzinach na „emergency” trafiamy na oddział pediatrii. I znowu te same pytania… Jest północ. Oprócz torby z pampersami i podstawowymi rzeczami dla Juniora nie mam nic przy sobie, poza tym padam ze zmęczenia. Mąż jedzie do domu, żeby przywieźć jakieś rzeczy. Junior dostaje dwa antybiotyki dożylnie.  W kółko go kłują. Jak tylko przysypialiśmy, ktoś przychodził i mierzył ciśnienie, sprawdzał tmp.  Noc zarwana. I tak przez 5 kolejnych dni. Mąż przyjeżdżał co drugi dzień. Nie dość, że to 50 km od domu, to jeszcze musiał chodzić do pracy, a poza tym w domu jeszcze córka. Ja już dostawałam do głowy. Patrząc jak Twoje dziecko cierpi, jak go kłują.. On ma niecałe 2 tygodnie i tyle się już wycierpiał. Noce nieprzespane, nie ma się do kogo odezwać. Tęsknota za córką i mężem, nigdy wcześniej nie rozstawaliśmy się na dłużej niż dzień. Nie było dnia, godziny, żebym nie płakała. Rozklejałam się przy każdej możliwej okazji. W Sobotę przychodzi pielęgniarka i się pyta czy jedziemy do Dublina do szpitala. Przeszedł mnie zimny dreszcz. Kolejny szpital, tym razem 250 km od domu.  Powiedziałam, że nic mi na ten temat nie wiadomo i zapytałam, czy ona coś wie. Widziałam, ze się zmieszała i próbowała wybrnąć z sytuacji, ale ja wiedziałam, że coś się święci. Po południu przyszedł lekarz i powiedział, że prawdopodobnie przetransportują nas do Dublina jak zwolni się łóżko w Dublinie. Obleciał mnie strach. Co dalej, ile jeszcze Junior musi przejść, kiedy w końcu wrócimy do domu, kiedy w końcu będziemy się mogli sobą wszyscy nacieszyć, całą rodzinką.  I najważniejsze pytanie, kiedy pojedziemy do tego Dublina?? Byłam przekonana, że kilka dni minie zanim cokolwiek się wydarzy.

6.06.2015  Niedziela – Mikołajki

Na całe szczęście kupiłam prezenty mikołajkowe jeszcze przed porodem. Mimo wszystko nie zakładałam, że spędzę mikołajki w szpitalu. Przygnębienie sięgnęło zenitu. Od rana wszyscy rodzinnie w swoich domach obchodzili mikołajki, a my z Juniorem w szpitalu. Tak bardzo chciałam zobaczyć reakcję córy jak się rano obudzi i zobaczy prezenty.  Nagle przychodzi do mnie lekarz i mówi, że prawdopodobnie jeszcze dziś pojedziemy na Dublin. I znowu natłok myśli, przerażenie miesza się z radością, że może w końcu nastąpi jakiś przełom. Bo do tej pory tylko antybiotyki i czekanie. I nagle znowu zrobiło mi się smutno, nie widziałam Męża od piątku, a teraz jedziemy jeszcze dalej od domu. I będziemy tam z Juniorem zupełnie sami. Jeszcze tego samego dnia zostajemy przetransportowani ambulansem do szpitala „Our Lady’s Children’s hospital” w Dublinie. Dojeżdżamy na miejsce. Jest 19sta. Dostajemy izolatkę na oddziale nefrologii. Okazuje się, że w szpitalach w Limericku panuje jakaś bakteria i muszą zachować środki ostrożności. Do północy przychodzi do nas kilka lekarzy specjalistów, zadają pytania. Po wywiadzie, przychodzi ponownie lekarz i mówi, że prawdopodobnie Junior będzie musiał mieć operację. Że jutro rano zbierze się zespół nefrologów , podejmą decyzję co dokładnie będą robić i możliwe że jeszcze jutro odbędzie się operacja i że od jutra od 8 rano Junior musi być na ‚głodzie’ jeżeli zdecydują się na zabieg. Jestem przerażona, ale nie zaskoczona. Dużo z Mężem czytaliśmy w internecie i byliśmy w jakiś sposób oswojeni z myślą, że Junior będzie musiał mieć operację. Zasnęłam z trudem….

Historia Juniora cz.1

Witajcie!!

Nowy Rok mnie zastał :) Mam nadzieję że ten nowy przyniesie nam więcej szczęścia niż poprzedni. Jak się pewnie domyślacie, Junior jest już z nami. We wtorek 24 listopada 2015 roku o godzinie 11:35 przyszedł na świat poprzez cesarskie cięcie. Jeszcze dobrze z brzucha nie wyszedł a już się darł :) Od razu został przebadany dostał 10 pkt w skali apgar.

IMG_1364Zaraz po zabiegu pojechaliśmy na salę pooperacyjną, gdzie mogliśmy się sobą nacieszyć i przystawiono mi Juniora do piersi, gdyż chciałam karmić piersią. Niestety Junior nie mógł wrócić ze mną na normalną salę, musiał jechać na neonatologię na obserwację. Jego waga urodzeniowa wynosiła 3,8 kg, z racji tego że mocz zalegał w nerkach i pęcherzu podłączono mu cewnik i od razu spuszczono z jego układu moczowego 140ml moczu. Jeszcze tego samego dnia pojechał do innego szpitala na usg brzuszka i tzw scyntygrafię mikcyjną. Po badaniu wrócił do szpitala położniczego. Na neonatologi przebywał ok 3 dni. Przed porodem razem z Mężem przewertowaliśmy internet szukając informacji , rozmawialiśmy z różnymi lekarzami, i Junior powinien dostać antybiotyk zaraz po porodzie, żeby zalegający mocz nie zainfekował nerek. Tak się jednak nie stało. Dostał go dopiero w drugiej lub trzeciej dobie. Po 3 dniach przywieziono mi Go na moją salę i był już cały czas ze mną. Codziennie rano zjeżdżałam z Juniorem piętro niżej na neo na badania krwi, mierzenie ciśnienia. Przez cały czas musiałam notować ile jadł z piersi i ile z butelki, i czy pielucha była mokra, czy z kupą. Jak Junior leżał na neonatologii, to chodziłam i karmiłam piersią, ale niestety musiał mieć podawane także mleko modyfikowane z kilku względów. Po pierwsze zanim ja byłam w stanie się ruszyć z łóżka po cesarce, dziecko już musiało być dawno nakarmione, więc za moją zgodą podano mu mm (od razu dostawał duże porcje, a ja jeszcze nie miałam mleka przez co potrzebował więcej niż ja mogłam wyprodukować), poza tym miał żółtaczkę i trzeba było go przepajać, żeby żółtaczka zeszła. Gdy przyjechał do mnie na salę, starałam się karmić tylko piersią, często ale tylko piersią. Od razu jadł z dwóch piersi. W poniedziałek (7 dni po narodzinach) znowu pojechał do sąsiedniego szpitala na usg brzuszka. Wrócił po godzinie. Spał. I wtedy jakoś przykuło moją uwagę to, że Junior jest jakiś bardziej senny. Już jadł tylko z jednej piersi i zasypiał. Nie mogłam go dobudzić, żeby nakarmić go z drugiej. Ale wytłumaczyłam to tym, że pewnie na badaniach go kłuli, dziecko się nacierpiało i teraz odsypia. W poniedziałek wieczorem powiedziano nam, że będziemy mogli wyjść do domu. Wszystko zależało od wyników usg. Mieli zorganizować wszystko do wtorku rano, bo Mąż szedł do pracy na 14stą do 20stej i nie miałby mnie kto odebrać. Nawalili. Wyników nie było. Mąż wstał wcześniej przyjechał po nas, ale my nie mogliśmy jeszcze opuścić szpitala. Wrócił do domu. Poziom naszej irytacji i wkurzenia sięgnął zenitu. Gdy Mąż był w pracy, my czekaliśmy na wyniki i na wypis. Udało się. Po południu zawołano nas na neonatologię, gdzie zrobiono wypis, zbadano Juniora (osłuchano serduszko i sprawdzono bioderka) i po 8 dniach w szpitalu dostaliśmy zgodę na wyjście. Zanim opuściłam neonatologię zapytałam lekarza czy dostał wyniki z usg, odpowiedział, że tak, że Junior ma refluks moczu i że mam na Niego bardzo uważać, że jak będzie miał tmp, będzie wymiotował, nie będzie miał apetytu lub będzie śpiący to mam myśleć o nerkach. Wróciliśmy razem na salę gdzie miałam rzeczy i czekaliśmy na Męża. Leżałam na łóżku i czytałam o refluksie. Wyczytałam różne objawy, min że dziecko może przeć tak jak na kupkę a tak na prawdę dziecko prze, bo próbuje „wypchnąć” mocz. I to zwróciło moją uwagę, bo miałam wrażenie, że jak Junior parł kilka dni wcześniej to robił taką śmieszną minkę i wtedy robił kupę,a ostatni dzień albo dwa jak robił kupkę, to miał dziwny grymas na twarzy, jakby sprawiało mu jakiś ból/trudności w wypróżnieniu.  Po 20stej przyjechał po nas Mąż i zabrał nas do domu. Opuszczałam szpital z dziwnym niepokojem. Byłam przerażona.  Do domu zajechaliśmy po 21ej gdzie czekała na nas córka z moją babcią :) Spać poszłam po 24tej, gdyż nie mogłam się nacieszyć moją córą której nie widziałam ponad tydzień i domem. Chodziłam po domu i czułam się jakby mnie nie było z miesiąc. W sumie do szpitala poszłam w listopadzie a wyszłam z niego w grudniu :)

Gdy Mąż kładł się do łóżka, obudził mnie i mówi, ze Junior ma tmp. Wstałam, zmierzyłam i najpierw wyszło mi 38,6. Zmierzyłam jeszcze kilka razy i za każdym razem wychodziła mi inna wartość i za każdym razem niższa. Stwierdziliśmy,że termometr jest do kitu, że pewnie nie ma tmp i że przeczekamy do rana. Rano obudziłam się przerażona. Minęło 5 godzin a Junior nie budził się na jedzenie. Obudziłam go i nakarmiłam. Później Junior budził się mniej więcej co 2-3 godz. Po południu miała przyjść pielęgniarka środowiskowa. Wzięłam się za sprzątanie, bo wiadomo, że nikt nie posprząta domu, tak jak ja sama. Wstawiłam pranie, wykąpałam się.

Gdy przyszła pielęgniarka, zważyła go, zmierzyła i przeprowadziła ze mną „wywiad” jak się czuje, czy coś mnie martwi itd. Powiedziałam jej o moich spostrzeżeniach, że jest senny i je tylko z jednej piersi i zasypia, że prze tak jakby na kupkę i że wyczytałam że to może być wypieranie moczu, że w nocy przespał nawet 5 godz bez jedzenia, ale że może przesadzam, bo to noworodek, a ja zapomniałam już jak to jest mieć takie maleństwo w domu. Stwierdziła, ze zadzwoni na neonatologię i zapyta co i jak.  Zadzwoniła. Ponieważ, pielęgniarka siedziała koło mnie, to chcąc nie chcąc słyszałam co mówiła kobieta po drugiej stronie słuchawki… Kobieta powiedziała, że Junior ma „very bad reflux” i że jeżeli coś mnie niepokoi to powinnam jechać do Regionalnego szpitala na sprawdzenie. Gdy pielęgniarka się rozłączyła, widziała, że słyszałam co mówiła kobieta, a ja się tylko rozpłakałam.  Poleciła, żebym pojechała do szpitala, że lepiej sprawdzić. Mąż był w pracy. Zadzwoniłam do niego i zanim powiedziałam słowo, rozpłakałam się. Powiedziałam, żeby zwolnił się z pracy, bo powinniśmy jechać do szpitala. Oczywiście wkurzył się trochę, stwierdził że przesadzam, że już dzień wcześniej ze szpitala wyszłam spłoszona….

Pojechaliśmy …. 1.12.2015