Damy radę!!

7.12.2015 poniedziałek

Noc tradycyjnie zarwana. Za każdym razem jak nakarmiłam Juniora i się położyliśmy, ktoś przychodził i mierzył Mu ciśnienie, tmp…. i Młody się budził. Za wszelką cenę próbowałam karmić Go piersią. Ale z tych nerwów, zmęczenia, głodu mleka nie wystarczało. Doszło dokarmianie butelką, co automatycznie spowalniało laktację. Ostatnie karmienie było o 7:45. Koło 9 Junior zaczynał być głodny, płakał. Nie mógł przez to spać. Nosiłam Go, bujałam a On płakał. Nie mogłam Go odłożyć nawet na chwilkę, nie mówiąc nic o zmianie pampersa. Sama nie włożyłam nic do ust. Po pierwsze w szpitalu nie zapewniano rodzicom wyżywienia, trzeba było mieć własny prowiant, którego ja nie miałam, bo w Limericku nie musiałam mieć, poza tym nie miał mi nawet kto mi zrobić jakiś zakupów. Miałam tylko herbatniki i krakersy, ale też nie miałam możliwości ich zjeść bo Junior tak bardzo płakał z głodu, że mi też się odechciało jedzenia. Podłączono mu kroplówkę z glukozą ale nic to nie dało. W miedzy czasie przyszli nefrolodzy, ze podjęli decyzję. Zrobią mu przetokę moczowo – skórną. Na początku nie docierało do mnie o co im chodzi, ale zaraz do mnie dotarło. Junior będzie miał zrobiona dziurkę w pęcherzu i mocz będzie odprowadzany bezpośrednio na zewnątrz brzuszka…. O takich przypadkach czytaliśmy w internecie. Jest to rozwiązanie tymczasowe, ponieważ układ moczowy u takich maluszków jest jeszcze niedojrzały i póki dziecko nie ukończy około 3 roku życia, nie stosuje się innych rozwiązań w takim przypadku. Mąż był w drodze, musiał pokonać 250 km. Zadzwoniłam do Niego, żeby przedstawić mu plan działania i podjąć wspólnie decyzję, ponieważ była taka możliwość, że Mąż nie zdąży dojechać przed operacją.  Właściwie nie było się nad czym zastanawiać, trzeba było ratować nerki Juniora. Zabieg ten ma na celu swobodny odpływ moczu, dzięki czemu mocz nie będzie wracał do nerek i nie będzie ich uszkadzał.  Niestety nerki już są w jakimś stopniu uszkodzone, ale nie możemy dopuścić do jeszcze większych zniszczeń. U Juniora stwierdzono refluks przewodów moczowych V stopnia, czyli najbardziej zaawansowany, a ten zabieg daje szanse na zmniejszenie refluksu. Przyjechał Mąż. Koło 15stej poinformowano nas, że sala operacyjna jest gotowa. Trzymałam Juniora na rękach, zawiniętego w kocyk. Zjechaliśmy windą na pierwsze piętro i razem z pielęgniarką przeszliśmy przez kodowane drzwi, za które normalnie nie ma wejścia. Ostatnie formalności i pytanie pielęgniarki, kto zaniesie dziecko na salę operacyjną. Byłam przygotowana na to, że Mąż nie zdąży dojechać i będę musiała Go zanieść na operację. Ale gdy pielęgniarka zapytała, kto pójdzie, po prostu zrezygnowałam. Mąż poszedł z Juniorem a mnie poproszone o wyjście na główny hall, gdzie mam czekać na Męża, który zaraz do mnie dołączy. Odwróciłam się na pięcie i wychodząc zaczęłam płakać. Wtedy nie obchodzili mnie ludzie którzy kręcili się po hallu. Usiadłam na krzesełkach i płakałam. Za chwilę w drzwiach wyjściowych pojawił się Mąż, który nie wytrzymał i wybuchnął płaczem. Siedzieliśmy i płakaliśmy. W tym momencie nie umieliśmy wydusić z siebie słowa.  Nie wiem ile trwał zabieg. Po operacji, gdy saturacja się unormowała przywieźli nam Juniora z powrotem. Spał. Wyglądał tak niewinnie.

Do przetoki miał założony cewnik na 48h po to by „dziurka” się uformowała i nie zarosła. Niestety cewnik nie przetrwał 48 h, bo mój Synuś go sobie wyciągnął. Potem założono mu jeszcze dwa kolejne cewniki, które również długo nie pozostały na miejscu. Przez ten czas kiedy miał te cewniki, nie miałam odwagi zmienić mu pampersa. Po prostu się bałam, że sama niechcący mu go wyrwę. Na całe szczęście pielęgniarki były bardzo uczynne, rozumiały mój strach i przebierały Go. Z każdym dniem mój dzielny chłopczyk zbierał siły i dochodził do siebie po operacji.

IMG_1618

Miła niespodzianka – wszystkie dzieciaki na nefrologii otrzymały drobne upominki od Disney shop’u

 

 

 

 

 

 

Każdego dnia, po kilka razy dziennie przychodzili lekarze i patrzyli jak się wszystko goi. Junior był cały czas na antybiotyku dożylnym ze względu na infekcję. Codziennie pobierano Mu krew aby zmierzyć poziom antybiotyku we krwi, kontrolowano Jego wagę, ciśnienie, tmp. Aż w końcu, w czwartek, przyszła Pani Doktor i powiedziała, że Junior ma się coraz lepiej, ze są zadowoleni z Jego postępów i ze jutro wypuszczą nas do domu!! Na początku miałam wątpliwości, czy dobrze rozumiem, poprosiłam o powtórzenie. Dobrze rozumiałam, możemy wracać do domu. Łzy radości popłynęły po policzkach.  Bałam się, że pierwsze święta Bożego Narodzenia Junior będzie musiał spędzić w szpitalu. Zadzwoniłam do Męża, płakałam do słuchawki – z radości :) Mąż też się wzruszył :) To był dobry dzień :)  Zmęczenie odeszło i nabrałam nowych sił!!

Ze szpitala Junior wychodzi na antybiotyku, będzie brał go bezterminowo, po to, żeby nie doszło do kolejnej infekcji, która mogłaby wyniszczać jego nerki.

W piątek, 11.12.2015 roku, po 18 dniach, po zaliczeniu trzech szpitali wracamy do domu. Mam nadzieję, że wykorzystaliśmy limit „nieszczęścia” i że teraz już będzie tylko lepiej.

Dlatego  w Nowym Roku życzę sobie, swojej rodzinie i wszystkim Wam zdrowia. Bo choć to banalne, to jednak najważniejsze.

Dziękujemy za trzymane kciuki, za każde dobre słowo.

Jeżeli chcecie wiedzieć ja sobie radzimy zapraszamy na naszego Facebooka oraz na nasz Instagram: herimperfections66

Pozdrawiamy Mama i Junior!!

Historia Juniora cz.1

Witajcie!!

Nowy Rok mnie zastał :) Mam nadzieję że ten nowy przyniesie nam więcej szczęścia niż poprzedni. Jak się pewnie domyślacie, Junior jest już z nami. We wtorek 24 listopada 2015 roku o godzinie 11:35 przyszedł na świat poprzez cesarskie cięcie. Jeszcze dobrze z brzucha nie wyszedł a już się darł :) Od razu został przebadany dostał 10 pkt w skali apgar.

IMG_1364Zaraz po zabiegu pojechaliśmy na salę pooperacyjną, gdzie mogliśmy się sobą nacieszyć i przystawiono mi Juniora do piersi, gdyż chciałam karmić piersią. Niestety Junior nie mógł wrócić ze mną na normalną salę, musiał jechać na neonatologię na obserwację. Jego waga urodzeniowa wynosiła 3,8 kg, z racji tego że mocz zalegał w nerkach i pęcherzu podłączono mu cewnik i od razu spuszczono z jego układu moczowego 140ml moczu. Jeszcze tego samego dnia pojechał do innego szpitala na usg brzuszka i tzw scyntygrafię mikcyjną. Po badaniu wrócił do szpitala położniczego. Na neonatologi przebywał ok 3 dni. Przed porodem razem z Mężem przewertowaliśmy internet szukając informacji , rozmawialiśmy z różnymi lekarzami, i Junior powinien dostać antybiotyk zaraz po porodzie, żeby zalegający mocz nie zainfekował nerek. Tak się jednak nie stało. Dostał go dopiero w drugiej lub trzeciej dobie. Po 3 dniach przywieziono mi Go na moją salę i był już cały czas ze mną. Codziennie rano zjeżdżałam z Juniorem piętro niżej na neo na badania krwi, mierzenie ciśnienia. Przez cały czas musiałam notować ile jadł z piersi i ile z butelki, i czy pielucha była mokra, czy z kupą. Jak Junior leżał na neonatologii, to chodziłam i karmiłam piersią, ale niestety musiał mieć podawane także mleko modyfikowane z kilku względów. Po pierwsze zanim ja byłam w stanie się ruszyć z łóżka po cesarce, dziecko już musiało być dawno nakarmione, więc za moją zgodą podano mu mm (od razu dostawał duże porcje, a ja jeszcze nie miałam mleka przez co potrzebował więcej niż ja mogłam wyprodukować), poza tym miał żółtaczkę i trzeba było go przepajać, żeby żółtaczka zeszła. Gdy przyjechał do mnie na salę, starałam się karmić tylko piersią, często ale tylko piersią. Od razu jadł z dwóch piersi. W poniedziałek (7 dni po narodzinach) znowu pojechał do sąsiedniego szpitala na usg brzuszka. Wrócił po godzinie. Spał. I wtedy jakoś przykuło moją uwagę to, że Junior jest jakiś bardziej senny. Już jadł tylko z jednej piersi i zasypiał. Nie mogłam go dobudzić, żeby nakarmić go z drugiej. Ale wytłumaczyłam to tym, że pewnie na badaniach go kłuli, dziecko się nacierpiało i teraz odsypia. W poniedziałek wieczorem powiedziano nam, że będziemy mogli wyjść do domu. Wszystko zależało od wyników usg. Mieli zorganizować wszystko do wtorku rano, bo Mąż szedł do pracy na 14stą do 20stej i nie miałby mnie kto odebrać. Nawalili. Wyników nie było. Mąż wstał wcześniej przyjechał po nas, ale my nie mogliśmy jeszcze opuścić szpitala. Wrócił do domu. Poziom naszej irytacji i wkurzenia sięgnął zenitu. Gdy Mąż był w pracy, my czekaliśmy na wyniki i na wypis. Udało się. Po południu zawołano nas na neonatologię, gdzie zrobiono wypis, zbadano Juniora (osłuchano serduszko i sprawdzono bioderka) i po 8 dniach w szpitalu dostaliśmy zgodę na wyjście. Zanim opuściłam neonatologię zapytałam lekarza czy dostał wyniki z usg, odpowiedział, że tak, że Junior ma refluks moczu i że mam na Niego bardzo uważać, że jak będzie miał tmp, będzie wymiotował, nie będzie miał apetytu lub będzie śpiący to mam myśleć o nerkach. Wróciliśmy razem na salę gdzie miałam rzeczy i czekaliśmy na Męża. Leżałam na łóżku i czytałam o refluksie. Wyczytałam różne objawy, min że dziecko może przeć tak jak na kupkę a tak na prawdę dziecko prze, bo próbuje „wypchnąć” mocz. I to zwróciło moją uwagę, bo miałam wrażenie, że jak Junior parł kilka dni wcześniej to robił taką śmieszną minkę i wtedy robił kupę,a ostatni dzień albo dwa jak robił kupkę, to miał dziwny grymas na twarzy, jakby sprawiało mu jakiś ból/trudności w wypróżnieniu.  Po 20stej przyjechał po nas Mąż i zabrał nas do domu. Opuszczałam szpital z dziwnym niepokojem. Byłam przerażona.  Do domu zajechaliśmy po 21ej gdzie czekała na nas córka z moją babcią :) Spać poszłam po 24tej, gdyż nie mogłam się nacieszyć moją córą której nie widziałam ponad tydzień i domem. Chodziłam po domu i czułam się jakby mnie nie było z miesiąc. W sumie do szpitala poszłam w listopadzie a wyszłam z niego w grudniu :)

Gdy Mąż kładł się do łóżka, obudził mnie i mówi, ze Junior ma tmp. Wstałam, zmierzyłam i najpierw wyszło mi 38,6. Zmierzyłam jeszcze kilka razy i za każdym razem wychodziła mi inna wartość i za każdym razem niższa. Stwierdziliśmy,że termometr jest do kitu, że pewnie nie ma tmp i że przeczekamy do rana. Rano obudziłam się przerażona. Minęło 5 godzin a Junior nie budził się na jedzenie. Obudziłam go i nakarmiłam. Później Junior budził się mniej więcej co 2-3 godz. Po południu miała przyjść pielęgniarka środowiskowa. Wzięłam się za sprzątanie, bo wiadomo, że nikt nie posprząta domu, tak jak ja sama. Wstawiłam pranie, wykąpałam się.

Gdy przyszła pielęgniarka, zważyła go, zmierzyła i przeprowadziła ze mną „wywiad” jak się czuje, czy coś mnie martwi itd. Powiedziałam jej o moich spostrzeżeniach, że jest senny i je tylko z jednej piersi i zasypia, że prze tak jakby na kupkę i że wyczytałam że to może być wypieranie moczu, że w nocy przespał nawet 5 godz bez jedzenia, ale że może przesadzam, bo to noworodek, a ja zapomniałam już jak to jest mieć takie maleństwo w domu. Stwierdziła, ze zadzwoni na neonatologię i zapyta co i jak.  Zadzwoniła. Ponieważ, pielęgniarka siedziała koło mnie, to chcąc nie chcąc słyszałam co mówiła kobieta po drugiej stronie słuchawki… Kobieta powiedziała, że Junior ma „very bad reflux” i że jeżeli coś mnie niepokoi to powinnam jechać do Regionalnego szpitala na sprawdzenie. Gdy pielęgniarka się rozłączyła, widziała, że słyszałam co mówiła kobieta, a ja się tylko rozpłakałam.  Poleciła, żebym pojechała do szpitala, że lepiej sprawdzić. Mąż był w pracy. Zadzwoniłam do niego i zanim powiedziałam słowo, rozpłakałam się. Powiedziałam, żeby zwolnił się z pracy, bo powinniśmy jechać do szpitala. Oczywiście wkurzył się trochę, stwierdził że przesadzam, że już dzień wcześniej ze szpitala wyszłam spłoszona….

Pojechaliśmy …. 1.12.2015

Kolejne wiadomosci, kolejne wizyty….

Witajcie!!

Po powrocie do Irlandii mieliśmy iść do specjalisty. To znaczy w domu miał czekać na nas list z wyznaczonym terminem specjalistycznego usg. Nie czekał!! W środę 3 września miałam wyznaczoną kontrolną wizytę w naszym regionalnym szpitalu. Tradycyjne badania i rozmowa z lekarzem. Mimo tego ze lekarz nie był Irlandczykiem, tylko ciemnoskórym z Indii czy skądś jeszcze, to miał typowo Irlandzkie podejście.  Zaglądając do mojej księgi ciąży pyta: „wszystko ok??” To mu odpowiadam, że ze mną ok, ale że z dzieckiem nie do końca. Lekarz: „A co z dzieckiem??” To mu zaczynam mówić od początku, ze w 20tyg na usg wyszły powiększone nerki, że z każdym scanem (usg) powiększały się, bla bla bla….A on na to, że to może się samo unormować, że teraz i tak się z tym nic nie zrobi, ze dopiero po porodzie. A ja mu mówię, ze byłam w Polsce u lekarza, że nerki są na prawdę duże i się pytam prostym angielskim, czy w Irlandii nie robi się operacji żadnych. A Pan doktorek , z zażenowaniem patrzy i mówi: ” a co ty byś chciała zrobić??” WTF??!! Ręce opadają. To mu mówię, że w Polsce wykonuje się zabiegi jeszcze w  brzuchu Matki. Pan doktorek spojrzał na mnie i oznajmił z jeszcze większym zażenowaniem, że w Irlandii nie robi się żadnych operacji. Widział moją minę i postanowił, że na szybko wykona usg, żeby zobaczyć czy nie urosły jeszcze bardziej.  Ku mojej radości okazało się, że nerki nie zmieniły swoich rozmiarów od ostatniego scanu. Ale też nie zmalały niestety. Powiedziałam, Doktorkowi także, że miałam mieć umówioną wizytę do specjalisty, ale nadal nie mam żadnej informacji. A że lekarze w Irlandii bardzo się boją tego, że można było by ich pozwać do sądu, dlatego cokolwiek sobie o mnie nie pomyślał, wiedział, że nie może tego tak po prostu olać. Powiedział, że umówi mnie na wizytę do specjalisty, a później jeżeli to będzie konieczne, do pediatry, który wytłumaczy, jak dalej będziemy postępować, gdy dziecko przyjdzie na świat, a nerki się nie unormują. Na drugi dzień, dostałam tel z umówioną wizytą do specjalisty, która wypadała równo tydzień później.

9 września stawiliśmy się w szpitalu na specjalistycznych scanie. Tradycyjnie musieliśmy swoje odczekać w poczekalni, bo niestety, ale tak funkcjonuje irlandzka opieka medyczna, że gdziekolwiek nie idzie się na wizytę, czy to lekarz pierwszego kontaktu, czy szpital, czy nawet nagły wypadek, to trzeba czekać. I nie mówię tu o kilku minutach, tylko godzinach :D Na całe szczęście Pani Profesor ‚jakaś tam’ okazała się bardzo przemiłą kobietą, ciepłą, która wszystko nam wyjaśniła, obejrzała Juniora z każdej strony, sprawdziła oczywiście to, na czym nam najbardziej zależało – układ moczowy, potwierdziła, że nerki są tych samych rozmiarów co na poprzednim usg i powiedziała, że tylko nerki są powiększone, a pęcherz nie. (całe szczęście że nie postępuje). Cierpliwie odpowiadała na każde nasze pytanie i widząc naszą Trzylatkę, która nie może usiedzieć na miejscu, postanowiła że specjalnie dla niej, wydrukuje zdjęcie buzi braciszka w 3D żeby mogła sobie wstawić w ramkę i mieć w swoim pokoju. Powiedziała, że mimo wszystko trzeba monitorować i że wpisze do mojej książki ciąży, że mam mieć robione scany co 4 tyg aż do rozwiązania.

Tydzień później (16.09) wypadała mi rutynowa kontrola w regionalnym szpitalu. Pojechałam. Tradycyjnie podstawowe badania i rozmowa z lekarzem. Tym razem trafiłam do ciemnoskórej kobiety. O dziwo zerknęła w książkę ciąży, żeby zobaczyć ewentualne notatki z poprzednich wizyt. Okazało się, raport z usg u specjalisty zaginął, i w podstawowym dokumencie o mojej ciąży, nie ma żadnej informacji. Masakra. I znowu musiałam opowiadać całą historię od początku. Potem tradycyjne mierzenie ciśnienia i „macanie” brzucha. Tym razem Pani doktor robiła to zdecydowanie za długo i spytała: „to kiedy wypada następny scan??” Na co ja, że za 3 tyg, a ona że jednak będziemy robić scany co 2 tygodnie. Więc zdziwiona, a zarazem przestraszona pyta, czy coś nie tak, a Pani doktor mówi , że mam za dużo wód płodowych i trzeba to sprawdzić na usg. Następnie posłuchała serduszka przez urządzenie dopplerowskie. Gdy już się podniosłam z kozetki, trochę wystraszona pytam czy nadmiar wód jest niebezpieczny?? Ponieważ do tej pory myślałam w bardzo prosty  sposób, że nadmiar wód to więcej miejsca dla dzidziusia i większy basen ;) Pani doktor szybko stwierdziła, ze jeżeli dzidziuś prawidłowo rośnie, to wszystko ok, a jeżeli się nie rozwija to nie dobrze.

Wkurzyłam się!!! Wiem jeszcze z Polski, że mam nadmiar wód płodowych (ale w normie), bo za każdym razem jak się kładę na usg na płasko to szybko mi się słabo robi i to dlatego że mam większy brzuch i ciężar ucisk gdzieś na nerw albo tętnice. Po drugie wiem, że Junior rozwija się prawidłowo, bo na każdym usg (i na ostatnim też) mówiono nam, że Junior ma idealne rozmiary. I znowu kolejny wyjazd się szykuje :/

Po powrocie do domu opowiedziałam mojemu Mężowi całą sytuację i nie zdziwiło mnie Jego wkurzenie…..

Wieczorem zaczęłam czytać o nadmiarze wód płodowych tzw wielowodziu i trochę się przestraszyłam…. Może być niebezpieczne i dla mamy i dla dziecka. Wielowodzie charakteryzuje się nadmiernym rozmiarem macicy. Kobieta w ciąży może zaobserwować za duży brzuch w stosunku do wieku ciąży, uskarżać się również na bolesne napięcie brzucha (jest ona zbyt twardy), nadmierną ruchliwość płodu oraz trudności w oddychaniu. Największym zagrożeniem w przypadku wielowodzia (czy nadmiaru wód płodowych) jest przedwczesne odklejenie łożyska lub pękniecie pęcherza płodowego oraz przedwczesny poród. Może dojść do niedotlenienie płodu. Podczas porodu mogą wystąpić komplikacje wynikające z nieprawidłowego wstawienia się główki do kanału rodnego lub wypadnięcia pępowiny. Natomiast po porodzie kobieta może cierpieć z powodu nieprawidłowego kurczenia się macicy oraz doznać krwotoku.

Zaczęłam się martwić…. może i dobrze że jedziemy na usg?? Lepiej sprawdzić niż coś przeoczyć.

Tak więc za tydzień znowu „wycieczka”.  A tu Juniorek <3

11313812_1191864090827251_1397908214_nPozdrawiamy Was razem z Juniorem. dziękujemy za słowa otuchy!!! Czekajcie na dalsze wiadomości.

Zapraszam też na naszego Facebooka i Instagram: herimperfections66  gdzie wrzucam fotki z codziennego życia naszej rodzinki :)

Całujemy :) K. i Junior

Co nowego u Juniora??

Witajcie Kochani!!

Wróciliśmy z Polski, trochę uspokojeni, ale nadal niepewni co jeszcze nas czeka.

W niedzielę późnym wieczorem wylądowaliśmy w Polsce. Z samego rana w poniedziałek zadzwoniłam do lekarza, żeby umówić się na wizytę. Wizytę udało umówić się na wtorek na 13. Lekarz, do którego się umówiliśmy to świetny specjalista w dziedzinie ginekologii i położnictwa. Na początku Pan Doktor przeprowadził z nami krótki wywiad a potem zrobił dokładne usg, na którym potwierdził (niestety) problem z nerkami. Od ostatniego usg (tego w Irlandii) nerki się powiększyły do 18mm prawa i 14 mm prawa. :( Pytaliśmy o zabiegi wewnątrzmaciczne, ale Pan Doktor poinformował nas, ze gdyby Junior nie oddawał moczu a ja tym samym miałabym zmniejszoną ilość wód płodowych, to trzeba było by odbarczyć nerki, ale w moim przypadku jest nadmiar wód płodowych. Stwierdził, wadę układu moczowego, najprawdopodobniej zastój podpęcherzowy, mniej prawdopodobny zespół MMIH wielowodzie. Zasugerował wykonanie rezonansu magnetycznego płodu (MRI płodu) po 30 tyg ciąży w celu oceny smółki w odbytnicy, aby wykluczyć zaburzenia perystaltyki jelita.  Poradził nam abyśmy również udali się na konsultacje do dr. hab. Krzysztofa Szaflika z Centrum Zdrowia Matki Polki w Łodzi, który specjalizuje się w takich zabiegach wewnątrzmacicznych na płodach. Wyszłam od lekarza trochę uspokojona ale zarazem czułam nad sobą widmo zabiegu, czego się potwornie bałam.

W środę rano zadzwoniłam do Kliniki Diason w Łodzi aby umówić się na wizytę do dr. Szaflika. Pani z recepcji poinformowała, że najbliższy wolny termin dostępny jest na następny tydzień na czwartek. Nie bardzo nam to pasowało, ponieważ 3 dni po tej wizycie wracalibyśmy do Irlandii i w razie gdyby dr. Szaflik zalecił zabieg, nie zdążylibyśmy go wykonać. Zgodziłam się jednak na ten dzień, żeby się chociaż skonsultować z lekarzem, ale poprosiłam Panią, że gdyby zwolniło się wcześniej miejsce do doktora, to proszę o kontakt, ponieważ zależy mi na czasie.  I tak się stało.Jeszcze tego samego dnia, zadzwoniła do mnie pani z kliniki w Łodzi i poinformowała, że zwolniło się miejsce dnia następnego (czwartek) i czy jestem zainteresowana. Zgodziłam się bez wahania.

Następnego dnia pojechaliśmy do Łodzi. Pan doktor sprawdził każdą najmniejszą kosteczkę Juniora, każdą możliwą komórkę, wszystkie żyły/żyłki, każdy narząd, a ja tylko słuchałam osłupiała, jak dyktuje swojej asystentce, która pisała wszystko na komputerze. Wliczał takie rzeczy, które nawet nie zdawałam sobie sprawy, że widać je na usg. Okazało się, że nerki się znowu powiększyły – prawa wynosi 22mm a lewa 18mm, pęcherz powiększony i stwierdza zastój moczu w nerkach. Przeraziliśmy się, bo w ciągu dwóch dni nerki się powiększyły o kolejne milimetry. Pan Doktor uspokoił nas jednak, że póki co żaden zabieg nie jest konieczny, wytłumaczył nam jak działa układ moczowy Juniora, jakie mogą być przyczyny, jakie są rozwiązania danych sytuacji i że gdyby nerki na tym etapie miały 30mm to trzeba by było działać.  Potwierdził, że nerki pracują, że jest coś co powoduje zastój moczu w nerkach i jak już dużo moczu uzbiera się w nerkach i pęcherzu, to zwiększa się ciśnienie, pod wpływem którego „blokada” się zwalnia i dzięki temu Junior siusia. Powiedział także, że gdybym była na miejscu (tzn. w Polsce) to byłabym pod stałą obserwacją i gdyby nerki znowu się powiększyły w krótkim odstępie czasu, to moglibyśmy zastanowić się nad jakimś zabiegiem odciążającym nerki, żeby nie uległy uszkodzeniu. Powiedział, żebyśmy zrobili usg za jakieś dwa tygodnie i jeżeli nerki urosną o ok 5mm to powinniśmy coś z tym zrobić. Uzgodniliśmy z Panem Doktorem, że wykonany usg w Irlandii i jeżeli będzie gorzej to bookujemy bilety do Polski i wrócimy do kliniki Pana doktora.

Ulżyło mi……że zabieg NIE JEST KONIECZNY.  Mimo wszystko, nie przestajemy myśleć co dalej, czy wszystko będzie dobrze… Mam nadzieję, ze skończy się tylko na strachu.

Trzymajcie kciuki, żeby wszystko się skończyło dobrze. Już wkrótce kolejne wiadomości od Juniora ;)

Pozdrawiam K. :)

PS. Zapraszam na mojego Facebooka i Instagrama : herimperfections66

Nie zawsze jest pięknie ….

Witajcie…

Do tej pory chyba było za dobrze… Wszystko się ostatnio układało, cieszyłam się ciążą i wszystkim dookoła … do dziś :( a zaczęło się tak…

W 20 tyg ciąży poszliśmy na usg, bo umieraliśmy z ciakwości, kto tam się w brzuchu chowa. Wtedy też dowiedzieliśmy się, że będzie to chłopak. Dowiedzieliśmy się również, że nerki są troszkę za duże, że norma to ok 7 mm a nerki naszego Juniora mają 10 mm. Klinika, w której byliśmy prywatnie, wysłała list do mojego lekarza prowadzącego z informacją o anomalii. Powiedziała także, że jest to dosc powszechne u chłopców, że to może samo wrócić do normy, ewentualnie bedzie można coś z tym zrobić, dopiero jak się dzidziuś urodzi, ale że trzeba to monitorować. W zeszłym tygodniu (23 tc) poszłam na wizytę do mojego lekarza prowadzącego z infekcją. Szybko rozprawiła się z problemem, i zaczęła pytać o to prywatne usg, które robiłam w 20tc. Postanowiła, ze zadzwoni do szpitala położniczego i skonsultuje co robić w takiej sytuacjii. W szpitalu powiedzieli, trzeba wykonać usg. Umówiono mnie na dziś (12/8/15) do naszego regionalnego szpitala. Wczoraj Pani zadzwoniła, informujac mnie, że nie będzie lekarza i czy chce przełożyć usg i dlaczego w ogóle zostałam umówiona na to usg (w Irlandii robią pierwsze usg między 11-14 tc i drugie między 28-32 tc) . To wytłumaczyłam pani, że mój lekarz prowadzący mnie skierował, ze względu na to, że na prywatnym usg wyszedł problem z nerkami. „aha”. Pani zaproponowała, ze umówi mnie na usg do szpitala położniczego 35 km dalej.

Dziś byliśmy na usg. Musieliśmy wstać o 7 rano, żeby ogarnąć siebie i naszą Trzylatkę i jeszcze dojechać 35km. Dojechaliśmy na miejsce. 8:55 rano, parking pełny, znaleźliśmy miejsce. Poszliśmy do recepcji, kazano nam usiąść w poczekalni. Po 30 minutach poprosiła mnie pielęgniarka/ położna, żeby sprawdzić mocz i kazała mi wrócić do poczekalni i czekać na lekarza, który zdecyduje czy pójdę na usg. Zdębiałam. Kazano mi przyjechać 35 km na usg, a oni teraz będą się zastanawiać nad badaniem??!! Po kolejnych 30 minutach zawołała mnie Pani Doktor. Zmierzyła mi ciśnienie i zaczęła wypytywać o prywatne badanie. Kazała iść kilka pokoi dalej i zgłosić się na usg. Poszliśmy. W poczekalni kilka osób czekających na badanie usg, o dziwo wzięli nas po 5 minutach. Położyłam się na kozetce. Czułam się dziwnie. Miałam wrażenie że mi nogi drętwieją, ze tak mi jakoś lekko. Pani zaczęła pytać co nas sprowadza, to jej powiedzieliśmy, ze na prywatnym badaniu wyszedł problem z nerkami, że są powiększone.  Gdy zaczęła podglądać naszego Juniora Pani doktor sama zdębiała. Zauważyłam jej dziwną reakcję. Okazało się, że nerki się znowu powiększyły, że powinien zobaczyć to specjalista, że ona się nie zna do końca…. bla bla bla … Moje samopoczucie się pogorszyło, musiałam się położyć na lewym boku, bo zrobiło mi się po prostu słabo. Powiedziała, że nerki powiększyły się i że prawa ma 14 mm. Łza pociekła….. Po chwili wróciłam, do pozycji leżącej na brzuchu. Kobieta wykonująca badanie mówiła coś jeszcze, rozmawiała z Mężem, a ja jeszcze tylko wyłapałam , że to na pewno chłopak. A potem pogrążyłam się w najgorszych myślach. Wróciliśmy na konsultację do lekarza.  Zaczęliśmy dopytywać o szczegóły, że bardzo szybko te nerki się powiększają, i nie wiem w jaki sposób, ale dowiedzieliśmy się, że jedna nerka ma 14 mm, a druga nerka ma 17 mm!!!!! Byliśmy w szoku. W przeciągu 4 tygodni nerki tak bardzo się powiększyły. Jestem dopiero w 24 tc, a do końca zostało przynajmniej 15 tygodni. Oczywiście emocje wzięły górę i łzy leciały mi ciurkiem. Pani doktor stwierdziła, że musimy się udać na szczegółowe usg i ze umówi nas na konsultację do specjalisty, i że za 3 tygodnie, jak tylko wrócimy z Polski, mamy wrócić na kontrolę.

Po powrocie do domu zaczęliśmy przeczesywać internet w poszukiwaniu informacji. Znaleźliśmy informacje pozytywne, ze po porodzie, może nie być nawet najmniejszego znaku, po nieprawidłowościach, a także  i te najgorsze scenariusze, że Juniora może czekać operacja zaraz po porodzie, ewentualnie operacja jeszcze w łonie mamy…

Jestem w rozsypce. Martwi mnie ta sytuacja, Przeraża mnie to, że te jest to wczesny etap ciąży, a nerki są już na tyle duże, jak w niektórych przypadkach opisanych w internecie po 30 tc. Nie wiem co myśleć. Chciałabym bym dobrej myśli i wierzyć, ze wszystko samo się unormuje, ale nie umiem.

W najbliższą niedzielę lecimy do Polski i po weekendzie pójdę do świetnego specjalisty, który mam nadzieję będzie miał dla mnie dobre wiadomości.

Póki co lekarze każą czekać i obserwować. Póki nerki pracują to nie jest najgorzej.

Trzymajcie kciuki za Juniora.

FullSizeRenderJunior was pozdrawia :)