Historia Juniora cz.1

Witajcie!!

Nowy Rok mnie zastał :) Mam nadzieję że ten nowy przyniesie nam więcej szczęścia niż poprzedni. Jak się pewnie domyślacie, Junior jest już z nami. We wtorek 24 listopada 2015 roku o godzinie 11:35 przyszedł na świat poprzez cesarskie cięcie. Jeszcze dobrze z brzucha nie wyszedł a już się darł :) Od razu został przebadany dostał 10 pkt w skali apgar.

IMG_1364Zaraz po zabiegu pojechaliśmy na salę pooperacyjną, gdzie mogliśmy się sobą nacieszyć i przystawiono mi Juniora do piersi, gdyż chciałam karmić piersią. Niestety Junior nie mógł wrócić ze mną na normalną salę, musiał jechać na neonatologię na obserwację. Jego waga urodzeniowa wynosiła 3,8 kg, z racji tego że mocz zalegał w nerkach i pęcherzu podłączono mu cewnik i od razu spuszczono z jego układu moczowego 140ml moczu. Jeszcze tego samego dnia pojechał do innego szpitala na usg brzuszka i tzw scyntygrafię mikcyjną. Po badaniu wrócił do szpitala położniczego. Na neonatologi przebywał ok 3 dni. Przed porodem razem z Mężem przewertowaliśmy internet szukając informacji , rozmawialiśmy z różnymi lekarzami, i Junior powinien dostać antybiotyk zaraz po porodzie, żeby zalegający mocz nie zainfekował nerek. Tak się jednak nie stało. Dostał go dopiero w drugiej lub trzeciej dobie. Po 3 dniach przywieziono mi Go na moją salę i był już cały czas ze mną. Codziennie rano zjeżdżałam z Juniorem piętro niżej na neo na badania krwi, mierzenie ciśnienia. Przez cały czas musiałam notować ile jadł z piersi i ile z butelki, i czy pielucha była mokra, czy z kupą. Jak Junior leżał na neonatologii, to chodziłam i karmiłam piersią, ale niestety musiał mieć podawane także mleko modyfikowane z kilku względów. Po pierwsze zanim ja byłam w stanie się ruszyć z łóżka po cesarce, dziecko już musiało być dawno nakarmione, więc za moją zgodą podano mu mm (od razu dostawał duże porcje, a ja jeszcze nie miałam mleka przez co potrzebował więcej niż ja mogłam wyprodukować), poza tym miał żółtaczkę i trzeba było go przepajać, żeby żółtaczka zeszła. Gdy przyjechał do mnie na salę, starałam się karmić tylko piersią, często ale tylko piersią. Od razu jadł z dwóch piersi. W poniedziałek (7 dni po narodzinach) znowu pojechał do sąsiedniego szpitala na usg brzuszka. Wrócił po godzinie. Spał. I wtedy jakoś przykuło moją uwagę to, że Junior jest jakiś bardziej senny. Już jadł tylko z jednej piersi i zasypiał. Nie mogłam go dobudzić, żeby nakarmić go z drugiej. Ale wytłumaczyłam to tym, że pewnie na badaniach go kłuli, dziecko się nacierpiało i teraz odsypia. W poniedziałek wieczorem powiedziano nam, że będziemy mogli wyjść do domu. Wszystko zależało od wyników usg. Mieli zorganizować wszystko do wtorku rano, bo Mąż szedł do pracy na 14stą do 20stej i nie miałby mnie kto odebrać. Nawalili. Wyników nie było. Mąż wstał wcześniej przyjechał po nas, ale my nie mogliśmy jeszcze opuścić szpitala. Wrócił do domu. Poziom naszej irytacji i wkurzenia sięgnął zenitu. Gdy Mąż był w pracy, my czekaliśmy na wyniki i na wypis. Udało się. Po południu zawołano nas na neonatologię, gdzie zrobiono wypis, zbadano Juniora (osłuchano serduszko i sprawdzono bioderka) i po 8 dniach w szpitalu dostaliśmy zgodę na wyjście. Zanim opuściłam neonatologię zapytałam lekarza czy dostał wyniki z usg, odpowiedział, że tak, że Junior ma refluks moczu i że mam na Niego bardzo uważać, że jak będzie miał tmp, będzie wymiotował, nie będzie miał apetytu lub będzie śpiący to mam myśleć o nerkach. Wróciliśmy razem na salę gdzie miałam rzeczy i czekaliśmy na Męża. Leżałam na łóżku i czytałam o refluksie. Wyczytałam różne objawy, min że dziecko może przeć tak jak na kupkę a tak na prawdę dziecko prze, bo próbuje „wypchnąć” mocz. I to zwróciło moją uwagę, bo miałam wrażenie, że jak Junior parł kilka dni wcześniej to robił taką śmieszną minkę i wtedy robił kupę,a ostatni dzień albo dwa jak robił kupkę, to miał dziwny grymas na twarzy, jakby sprawiało mu jakiś ból/trudności w wypróżnieniu.  Po 20stej przyjechał po nas Mąż i zabrał nas do domu. Opuszczałam szpital z dziwnym niepokojem. Byłam przerażona.  Do domu zajechaliśmy po 21ej gdzie czekała na nas córka z moją babcią :) Spać poszłam po 24tej, gdyż nie mogłam się nacieszyć moją córą której nie widziałam ponad tydzień i domem. Chodziłam po domu i czułam się jakby mnie nie było z miesiąc. W sumie do szpitala poszłam w listopadzie a wyszłam z niego w grudniu :)

Gdy Mąż kładł się do łóżka, obudził mnie i mówi, ze Junior ma tmp. Wstałam, zmierzyłam i najpierw wyszło mi 38,6. Zmierzyłam jeszcze kilka razy i za każdym razem wychodziła mi inna wartość i za każdym razem niższa. Stwierdziliśmy,że termometr jest do kitu, że pewnie nie ma tmp i że przeczekamy do rana. Rano obudziłam się przerażona. Minęło 5 godzin a Junior nie budził się na jedzenie. Obudziłam go i nakarmiłam. Później Junior budził się mniej więcej co 2-3 godz. Po południu miała przyjść pielęgniarka środowiskowa. Wzięłam się za sprzątanie, bo wiadomo, że nikt nie posprząta domu, tak jak ja sama. Wstawiłam pranie, wykąpałam się.

Gdy przyszła pielęgniarka, zważyła go, zmierzyła i przeprowadziła ze mną „wywiad” jak się czuje, czy coś mnie martwi itd. Powiedziałam jej o moich spostrzeżeniach, że jest senny i je tylko z jednej piersi i zasypia, że prze tak jakby na kupkę i że wyczytałam że to może być wypieranie moczu, że w nocy przespał nawet 5 godz bez jedzenia, ale że może przesadzam, bo to noworodek, a ja zapomniałam już jak to jest mieć takie maleństwo w domu. Stwierdziła, ze zadzwoni na neonatologię i zapyta co i jak.  Zadzwoniła. Ponieważ, pielęgniarka siedziała koło mnie, to chcąc nie chcąc słyszałam co mówiła kobieta po drugiej stronie słuchawki… Kobieta powiedziała, że Junior ma „very bad reflux” i że jeżeli coś mnie niepokoi to powinnam jechać do Regionalnego szpitala na sprawdzenie. Gdy pielęgniarka się rozłączyła, widziała, że słyszałam co mówiła kobieta, a ja się tylko rozpłakałam.  Poleciła, żebym pojechała do szpitala, że lepiej sprawdzić. Mąż był w pracy. Zadzwoniłam do niego i zanim powiedziałam słowo, rozpłakałam się. Powiedziałam, żeby zwolnił się z pracy, bo powinniśmy jechać do szpitala. Oczywiście wkurzył się trochę, stwierdził że przesadzam, że już dzień wcześniej ze szpitala wyszłam spłoszona….

Pojechaliśmy …. 1.12.2015

Jest nienajlepiej, a nawet źle

Hej!!!

We wtorek byłam u fryzjera i żartowałam do wszystkich, ze mogę iść rodzić. W środę tradycyjnie kontrolna wizyta w szpitalu – mocz, ciśnienie i rozmowa z lekarzem. Trafiłam do lekarza, do którego już wcześniej trafiłam już chyba ze dwa razy i który za każdym razem bagatelizował sprawę nerek Juniora. Twierdził, że jest tysiące takich przypadków i trzeba czekać do rozwiązania. Miałam mieć robione usg co dwa tygodnie. Dwa tygodnie temu, będą też na wizycie w szpitalu, pytałam doktora, do którego wtedy trafiłam, kiedy następne usg, a on stwierdził, że już nie trzeba robić, bo teraz to już i tak nic to nie zmieni. Wracając do wczorajszej wizyty…. Pan doktor, o którym wspomniałam na początku, zapytał, kiedy było ostatnie usg, a ja mu powiedziałam, że w jakoś w październiku, około 4 tyg temu. Kazał położyć mi się na kozetce, żeby skontrolować nerki. Jak tylko ujrzałam na ekranie obraz nerek (już jestem na tyle obeznana ,że wiem na co patrzeć), zapytałam czy są większe niż poprzednio (chociaż już też wiem gdzie patrzeć na monitor, żeby zobaczyć rozmiar). Szybko zobaczyłam przerażające mnie rozmiary…. Lekarz widząc również te rozmiary, odpowiedział tylko, że są większe. Ale ja wiedziałam, że nie jest dobrze. Spytał, czy mogłabym jechać jutro do Limerick, żeby sprawdzić na lepszym usg, że niby ta maszyna jest przestarzała. Dla mnie było oczywiste, ze sprawa jest poważna i że trzeba jechać to jak najszybciej sprawdzić. Wstałam z kozetki i usiadłam na przeciwko doktora. Gdy zapytałam o ponownie o rozmiary, znowu mi nie odpowiedział, tylko złapał za tel i spytał czy mogę jutro jechać. To mnie tylko utwierdzało w przekonaniu, że jest beznadziejnie. Umówił mnie na 14 następnego dnia. Powiedział też, że umówi mnie z pediatrą, który powie nam co będzie się działo po porodzie z dzieckiem, jakie będzie leczenie i odpowie na wszystkie moje pytania. Pan doktor zaprowadził mnie do pielęgniarek i poprosił o umówienie mnie na jutro do pediatry. Panie pielęgniarki powiedziały jednak, że skoro usg jest na 14 to raczej jest mało prawdopodobne spotkanie z pediatrą, bo o tej porze nie ma lekarzy w szpitalu. Akurat zadzwonił Mąż, który miał właśnie przerwę w pracy. Powiedziałam mu, że nerki się powiększyły i że muszę jechać jutro na usg. Nie powiedziałam mu jakie widziałam rozmiary nerek. Bałam się…. bałam Mu się powiedzieć przez tel. Po pierwsze chciałam powiedzieć mu osobiście, jak wróci z pracy, bo wiem, że przeżywał i nie mógł się skupić, a poza tym te rozmiary były na tyle duże, że chyba do końca nie wierzyłam, że je widziałam. Mąż powiedział, ze jutro pracuje od 12 do 18 i spytał, czy ma załatwiać sobie wolne, czy pojadę sama. Odpowiedziałam, że mogę jechać sama. Mąż ma w pracy nieciekawą sytuacje, ciężko mu cokolwiek wywalczyć z beznadziejnymi managerkami, a poza tym ostatnio i tak już z nimi załatwiał ewentualne wolne na czas mojego pobytu w szpitalu podczas porodu. Nie chcieliśmy się  prosić, ale to już inny temat.

Mąż wrócił z pracy i oznajmił, że dogadał się i idzie dopiero na 18stą, więc jedziemy razem na usg.

Czwartek. 19 listopada. Godzina 14sta. Stawiamy się w szpitalu, idziemy do recepcji. Pani, która ma wykonać usg już na nas czeka. Kobieta jest chyba Filipinką. Przemiła. Każe mi się ułożyć wygodnie i rozpoczyna badanie. Potwierdza duże rozmiary nerek i pęcherza. Pęcherz jest na tyle powiększony, ze uciska żołądek, nerki (przez co do końca nie można ich zmierzyć) i inne narządy. Sugeruje dokończenie 39 tyg i rozwiązanie ciąży poprzez cesarskie cięcie. Zgadzam się choć brzmi to dla mnie jak wyrok. Zdrowie dziecka ważniejsze. Niestety nie udało nam się spotkać z pediatrą, bo o tej porze nie było nikogo w szpitalu. Próbuje podpytać jak to będzie wyglądać,  czy będzie potrzebny zabieg/udrażnianie, czy robią takie rzeczy na miejscu… Niestety, w Limerick nie ma chirurgii dziecięcej i jeżeli już, to Junior będzie musiał jechać do Dublina 250km od Limerick. Niestety, ja po cesarce nie będę mogła z Nim jechać, ale Mąż tak.

Cudowna, ciepła kobieta obiecuje, ze postara się umówić nas z pediatrą i zabookować termin cesarki. Na wyjściu pada grzecznościowe pytanie „Are you ok??” czyli coś w stylu „wszystko w porządku??” i już nie jestem w stanie na nie odpowiedzieć. Rozklejam się…

Wracamy do domu, Mąż idzie do pracy. Wraca o 22. I wtedy następuje kulminacja mojego strachu, płaczu, przerażenia i nie wiem co jeszcze….

Piątek 20 listopada. Tak jak obiecywała przemiła położna dzwoni i informuje że umówiła nas na poniedziałek (23.11) na 12 z zespołem pediatrów i że jak przyjedziemy do szpitala, to żebym przyjechała z torbami, bo zostanę już w szpitalu, a we wtorek (24.11) z rana będzie cesarka. Padają jeszcze grzecznościowe zwroty i rozłączam się.  I czuje zimny dreszcz na całym ciele. Stało się. Jadę do szpitala i będą mnie kroić!!  Dociera do mnie co się dzieje…….